|
„ SAMURAJ NIE MA CIAŁA”
W dniach 02 - 05.05.07r. na terenie Tatr, Podhala, Gorców, Spisza i Pienin odbył się ekstremalny rajd przygodowy – THE NORTH FACE ADVENTURE TROPHY 2007.
W zawodach tych wystartowała jedyna drużyna reprezentująca Wojsko Polskie w pełnym składzie opartym na dwóch żołnierzach zawodowych. Była to reprezentacja Wojskowego Ośrodka Szkoleniowo Kondycyjnego w Zakopanem w składzie: mjr Czesław Studencki i por. Tomasz Bartkowiak. Zważywszy na fakt, że zawodnicy ci startowali po raz pierwszy w tak trudnej imprezie sportowej trzeba stwierdzić, że poprzeczka została dla nich ustawiona bardzo wysoko. Drużyna WOSzK Zakopane startowała na dystansie 236 km., a co widziała i przeżyła postanowiła przedstawić w poniższym opisie.
Zgodnie z planem start rozpoczął się o godzinie 10.00 w rejonie Dolnej Równi Krupowej, w samym centrum Zakopanego. Jednakże gorączka przedstartowa zaczęła się udzielać już o wiele wcześniej kiedy to wieczorem dnia poprzedzającego start wszystkie ekipy otrzymały mapy z zaznaczonymi punktami kontrolnymi, które trzeba było obowiązkowo zaliczać i to w określonej kolejności. Wieczora nie starczyło żeby dokładnie rozplanować całą trasę rajdu a przy tym trzeba było jeszcze wybrać optymalne trasy przejścia czy też przejazdu. Zamiast więc spokojnie odpoczywać przed startem ślęczeliśmy nad mapą i kreśliliśmy swoją marszrutę. Jak pokazało życie czynność ta w pełni odpłaciła się pozytywnie w trakcie samego rajdu. Por. Bartkowiak jest jednym z mistrzów Wojska Polskiego w biegach na orientację więc fachowe podejście do zagadnienia związanego z pracą na mapie było jego normalnym działaniem. Po przygotowaniu trasy na mapie można było wreszcie trochę się zdrzemnąć i odzyskać świeżość startową.
Pierwszym elementem rajdu, który rozpoczął się o godz. 10.00 był bieg na orientację na dystansie 5 km. po Zakopanem jak i jego obrzeżach. Konkurencja ta była elementem iście sprinterskim gdyż mimo, że większość uczestników twierdziła, że to tylko przygrywka to jednakże adrenalina spowodowała, że nikt nie oglądał się na nikogo tylko wszyscy zasuwali jak najszybciej do przodu w celu odznaczenia kolejnych punktów kontrolnych. Po 33 min. biegu byliśmy ponownie w rejonie startu mając na karcie wszystkie punkty kontrolne z biegu na orientację. Najlepsze zespoły były tylko kilka minut szybsze. Ta konkurencja nie sprawiła nam żadnych trudności mimo, że piszący te słowa mjr Studencki trochę się jej obawiał z tytułu problemów zdrowotnych z kostką i kolanami.
Rówień Krupowa w szybkim tempie opustoszała gdyż wszyscy zarzucili plecaki na plecy i w ostrym tempie ruszyli na turystykę wysokogórską.. Podejście na Przełęcz Białego przez Dolinę Białego do łatwych nie należy gdyż trzeba nabrać trochę wysokości na krótkim odcinku trasy. Nasze tempo było dość ostre stąd trochę zadyszki na punkcie kontrolnym, z którego nastąpiło zejście do Kuźnic. I tutaj dopiero zaczęły się problemy związane z kolanami, które w dół nie chciały za bardzo nieść. Całe szczęście, że ten odcinek był krótki i z Kuźnic znowu można się było poczuć normalnie podchodząc poprzez Skupniów Upłaz na Przełęcz Między Kopami i na Halę Gąsienicową. Tomasz troszeczkę pojękiwał za moimi plecami mając na uwadze ostrzejsze tempo jednakże bez problemu podbijamy kolejny punkt przy schronisku Murowaniec. Przed nami kilkanaście zespołów, tym się jednak nie przejmujemy gdyż etapy dla nas są przed nami. W trakcie podejścia na Kasprowy Wierch, mimo trudnych warunków ( zalegający w dużej ilości śnieg ) nie pozwalamy się nikomu wyprzedzić a rytmiczne tempo podejścia powoduje, że kilka teamów zostaje za nami. Po wejściu na Suchą Przełęcz robimy kilka głębszych łyków płynów piętrzących się w pojemniku w plecaku i ruszamy główną granią, wzdłuż granicy w stronę Kopy Kondrackiej ( pierwszego dwutysięcznika na trasie – 2005 mnpm). Trasa graniowa trochę trudna, miejscami nawet niebezpieczna w związku z zalegającymi płatami śniegu, które trzeba było trawersować. W szybkim tempie minęła nas jedna z ekip Masterów, ale my nimi się nie przejmowaliśmy ponieważ oni mieli trochę inne, dłuższe cele więc pozwoliliśmy się im wyhasać. Swoim miarowym tempem mimo pojawiających się pierwszych oznak zmęczenia poruszaliśmy się do przodu. W rejonie Suchego Wierchu Kondrackiego dopadły nas pierwsze kłopoty, skurcze mięśni zaczynają dawać znać o sobie i przyprawiają nas o odrobinę lęku. Z trudem rozbijamy mięsnie i poruszamy się dalej. Wcześniejsze szybkie tempo marszu uszczupliło nasze zapasy płynów tak, że w chwili obecnej została tylko niewielka ilość w moim plecaku i oszczędnie wspólnie z niego korzystamy. Po 5 godzinach od startu meldujemy się w końcu na Kopie Kondrackiej, jest godzina 15.00, bez chwili zastanowienia się ruszamy dalej wzdłuż grani na Czerwone Wierchy. W pierwszej kolejności połykamy Małołączniak – 2096 mnpm, następnie Krzesanicę- 2122 mnpm i w końcu samego Ciemniaka -2096 mnpm. W tym momencie dla mnie zaczyna się gehenna. Dalsza droga to tylko samo zejście aż do dna Doliny Kościeliskiej. Na tym odcinku kolana dostają najbardziej w kość a przecież kilkanaście lat temu takie zbieganie z Czerwonych Wierchów to była normalka. Teraz jest inaczej, każdy krok sprawia duży ból, miękki śnieg utrudnia poruszanie się a cała trasa niemiłosiernie się dłuży. Jednakże motto, które zaczęło nam towarzyszyć od pierwszych trudnych chwil – „ samuraj nie ma ciała ” pozwala nam zapomnieć o bólu i w końcu osiągamy upragnione dno doliny gdzie jest już o wiele równiej. Uzupełniamy płyny w Potoku Małołąckim, krzepko łapiemy bułkę z ryżem w dłoń i ruszamy z wolna się rozpędzając dnem Doliny Kościeliskiej w stronę Jaskini Raptawickiej gdzie ma być realizowane zadanie specjalne. Z przeciwka mijają nas niektóre zespoły będące przed nami, które zaliczyły już zadanie specjalne, jednak na nas nie robi to większego wrażenia, przecież to dopiero 8 godzina rajdu. Odbijamy punkt kontrolny u podnóża Jaskini i ruszamy w górę do jej czeluści.
Jeszcze tylko kilkumetrowa wspinaczka i meldujemy się w Jaskini Raptawickiej. W tym samym czasie pojawiają się również pierwsze oznaki wyczerpania czego symptomem są zatroskane zapytania w obcym języku – are you okey ? – jednej z zagranicznych ekip. Z trudem odpowiadam – okey, okey – starając się przełamać swoje słabości. W tym samym czasie mój mistrz orientacji penetruje jaskinię poszukując punktów kontrolnych. Po dłuższej chwili powraca i stwierdza, że to jednak ja muszę być tą osobą, która postawi kropkę nad i, ponieważ jeden z punktów usytuowano tak przemyślnie w zakamarku jaskini, że osoba o większej posturze nie ma szansy się przecisnąć między skałami. Cóż mi pozostało, zapalam czołówkę i z kilkoma innymi osobami czołgam się wąskimi korytarzami w stronę punktu, aż dziwne, że nikt nie zakleszczył się w tych przesmykach. Przez te działania zgubiliśmy trochę minut ponad plan.
Po zaliczeniu zadania specjalnego włączamy drugi bieg i kierujemy się w stronę wylotu Doliny Kościeliskiej i dalej w rejon Ostrysza, Butorowego Wierchu i Gubałówki. Marsz, marsz i jeszcze raz marsz. Żeby rozpocząć prawdziwą przygodę z mapą i kompasem na dystansie 10 km. trzeba nieźle się nachodzić a przy okazji podbić punkt na Polanie Mietłówka. Tomasz ciągle mnie pogania stwierdzeniem, że musimy dotrzeć do terenów leśnych na Gubałówce przed zmrokiem, żeby trochę sobie ułatwić nawigację na orientacji. Zmrok już gęstnieje kiedy docieramy do pierwszego punktu biegu na orientację. Jeszcze nie używamy świateł jednak w lesie robi się szybko ciemno i latarki stają się nieodzowne. Pośród drzew widać tylko jasne świetliki poszukujące kolejnych punktów. Mój partner na taki stan rzeczy jest bardzo dobrze przygotowany, włącza specjalną lampę umieszczoną na głowie i w szybkim tempie oraz z dużą dokładnością odznaczamy wszystkie punkty biegu na orientację. W tym przypadku jeśli idzie o wojsko nie sprawdzała się słynne powiedzenie – „ o wojsko przyjechało, rozkładają mapę, pewnie będą pytać o drogę”. Na tym odcinku nadrobiliśmy do kilku zespołów a po wyjściu na grań Gubałówki, w ciemnościach zgubiliśmy jeszcze zespół węgierski, który towarzyszył nam na ostatnich punktach. Zejście skrótami z Gubałówki też nie należało do najprzyjemniejszych, jednak najgorszym momentem było przejście przez centrum Zakopanego w stronę tzw. przepaku gdzie oczekiwały na nas rowery. Po 12 godzinach marszu bawiące się nocą Zakopane nie było elementem zachęcającym do dalszej części rajdu. I tu ponownie nasze motto związane z samurajem pozwoliło nam zapomnieć o przyjemnościach doczesnych i skupić się na kolejnej części rajdu.
Na przepaku zmieniamy strój, jeszcze w miarę rozsądnie próbujemy wrzucić coś konkretnego do żołądka, uzupełniamy kolejne płyny i przygotowujemy rowery do nocnej jazdy. Trzeba przyznać, że tempem to nie grzeszyliśmy, gdyż zajęło nam to prawie godzinę. Z informacji sędziów wynika, że jesteśmy w okolicach 12 miejsca co wlewa w nas trochę otuchy. Około 23.00 w nocy wyruszamy na prawie 100 km odcinek rowerowy prowadzący do Niedzicy nad Jeziorem Czorsztyńskim. Myliłby się jednak ten kto myślałby wyłącznie o jeździe asfaltowymi drogami. Drogi polne i leśne dukty były na porządku dziennym a wszystko to w świetle lamp rowerowych i czołówek. Punkty kontrolne zostały usytuowane w takich miejscach, że nie sposób było nie zaliczyć po drodze chyba wszystkich największych podjazdów w rejonie Podhala, Spisza i Pienin. Nasz wariant trasy rowerowej nie był najłatwiejszy ale za to krótszy i z wykorzystaniem paru ryzykownych skrótów. Atutem była doskonała orientacja się w terenie i praca z mapą por. Bartkowiaka. Ja z kolei starałem się nadawać tempo na odcinkach nie wymagających dokładnej współpracy z mapą. Mimo tego nie obyło się bez kilku niespodzianek w postaci nieprzejezdnych skrótów w lesie, zaliczenia błotnistego bajorka czy tez kilku na szczęście mało groźnych upadków. Ewenementem była polna droga, która skończyła się na terenie Słowacji przed ogrodzeniem i zamkniętą na cztery spusty bramą zabezpieczającą opuszczone wydawałoby się gospodarstwo rolne. Po sforsowaniu bramy górą ruszyliśmy spokojnie dalej, jednakże do czasu kiedy z każdej strony zaczęły nas dochodzić ujadania psów a niektóre ruszyły w naszą stronę. Wówczas żarty się skończyły a tempo mimo zmęczenia zrobiło się maksymalne. Wyhamowaliśmy dopiero przed bramą wyjazdową, którą także sforsowaliśmy górą. Dalej było już w miarę spokojnie jeśli nie liczyć punktów, na które rowery trudno było wepchnąć nie mówiąc już o jeździe, a wszystko to w samym środku nocy i przy bardzo niskiej temperaturze. Świtać już zaczynało kiedy nad ranem dojechaliśmy do Szczawnicy drogą towarzyszącą Przełomowi Dunajca po słowackiej stronie od Czerwonego Klasztoru. Flisacy chyba jeszcze smacznie spali gdyż żadna tratwa nie towarzyszyła nam płynąc nurtem Dunajca. W Szczawnicy było drugie zadanie specjalne związane z pokonaniem mostu linowego. Zadanie to nie sprawiło nam większych trudności i po jego pokonaniu ruszyliśmy z powrotem wzdłuż Dunajca do Niedzicy. O 06.00 rano, po 20 godzinach rajdu zameldowaliśmy się na drugim przepaku w Niedzicy zajmując 8 pozycję. Tak więc część rowerowa wypadła bardzo dobrze, pozostawiliśmy za sobą kilka zespołów, które zdecydowanie nas wyprzedzały. Kolejny etap to 27 km. trekking po wzniesieniach Magóry Spiskiej. Wydawałoby się odcinek nieporównywalny z odcinkiem tatrzańskim. Jednakże to właśnie tutaj dopadły nas pierwsze chwile zwątpienia i potęgujące się objawy słabości. Tempo marszu dość znacznie nam spadło, oczy zaczęły widzieć w oddali rzeczy nie istniejące w rzeczywistości, płynący pod stopami strumyk był nieosiągalny gdyż nie można było na tyle się schylić żeby dłońmi nabrać wody. Coś takiego trzeba przeżyć w rzeczywistości żeby uzmysłowić sobie sytuacje, że mając pod ręką coś czego się pragnie ( łyka zimnej górskiej wody – bez tych wszystkich minerałów, suplementów, których nie można już popijać z plecaka), można nie móc tego osiągnąć i z bólem serca trzeba zrobić krok nad strumykiem i pójść dalej. Na tym odcinku doszło nas kilka zespołów co jeszcze bardziej podcięło nam skrzydła. Zrezygnowani, słabi, z bólem nóg wlekliśmy się dalej wmawiając sobie, że samuraj nie ma ciała. Mimo tego orientacja w terenie nie zawiodła i wybranie bardzo dobrego wariantu do jednego z punktów spowodowało, że znowu wróciliśmy do gry. Niektóre zespoły potraciły w tym miejscu po kilka godzin. W końcu zmęczeni dotarliśmy ponownie do Niedzicy gdzie oczekiwały na nas już kajaki i dystans 13 km. po Jeziorze Czorsztyńskim. Zmęczenie w tym momencie było już ogromne. W oczach partnera wyczuwało się oczekiwanie na jakikolwiek, nawet minimalny znak w podświadomości przyzwalający na powiedzenie, ze to już koniec, że dalej nie damy rady pociągnąć. Jednakże oczekiwania były płonne, nawet przez chwilę w umyśle nie zaświtała taka myśl a wręcz przeciwnie, podświadomość podpowiadała, że przecież zostało tylko 13 km. na kajaku i 54 km. na rowerze, tak niewiele i już będzie meta.
Wydawałoby się, że kajak to prosta rzecz, trochę powiosłować i dystans pokonany. Jednakże będąc już bardzo zmęczonym a dodatkowo przy wzmagającym się wietrze i rosnącej fali na jeziorze zadanie to stało się dość trudnym. Na przekór wszystkiemu kajak zaczął skręcać ciągle w jedną stronę tak, ze również z nim trzeba było walczyć. Trochę czasu nam to zajęło nim dobiliśmy ponownie do brzegu. Jeszcze tylko kolejna motywacja przed próbą wskoczenia na siodełko rowerowe a trzeba wspomnieć, że ciało za bardzo nie chciało już przyjmować takiego elementu do bezpośredniego kontaktu. I tutaj ponownie pomógł nam nasz „przyjaciel z Japonii ”. Zapomnieliśmy, że mamy ciało i „ dziarsko” ruszyliśmy w drogę powrotną do Zakopanego mając przed sobą kolejny dystans 54 km. oraz punkty kontrolne usytuowane w najmniej oczekiwanych miejscach. Znowu podjazdy, wertepy, polne i leśne drogi i odcinek wydawałoby się krótki a z każdą godziną wydłużający się niemiłosiernie. Po drodze jeszcze kolejne zadanie specjalne – wspinaczka na skale oraz most linowy i w perspektywie łyk zimnego piwa na mecie w Zakopanem. Jednakże perspektywa to jedno a rzeczywistość to drugie. Droga ubywa coraz wolniej, dzień zmierza do zmierzchu coraz szybciej, podjazdy coraz dłuższe, punkty kontrolne wydają się być coraz bardziej oddalone. Nawet ten ostatni nie jest ulgowy, resztką sił trzeba wdrapać się do Zębu ( najwyżej położona wieś w Polsce ), ponownie zjechać na dół, znaleźć punkt na zboczach Gubałówki i dopiero wtedy jeśli się jeszcze ma siły można jechać do mety o ile wcześniej znowu pokona się podjazd.
Reprezentantów WOSzK Zakopane było na to stać, wykrzesali z siebie resztkę sił, szybko odnaleźli punkt, wdrapali się na Gubałówkę i szaleńczym zjazdem w dół do Zakopanego osiągnęli metę jako 10 zespół rajdu po 38 godzinach walki z trasą i ze swoimi słabościami. Dzięki temu wysiłkowi sprawdzili swoje możliwości fizyczne jak i umiejętności techniczne a przede wszystkim doświadczyli na własnej skórze gdzie leżą głęboko ukryte możliwości ich organizmów, do których tak rzadko sięga się przy normalnym trybie życia.
Reprezentację WOSzK Zakopane stanowili:
1. mjr Czesław STUDENCKI – Szef Szkolenia
2. por. Tomasz BARTKOWIAK – oficer instruktor
|