Zakopane - WOSzK GRONIK

Zakopane - WOSzK GRONIK

Zakopane - WOSzK GRONIK

Dział Wyszkolenia - bergson 2008

MENU

Index

zamberlan adventure trphy 2008

wazne informacje

turniej siatkowki 10-2006

siatkowka sztaby 2010

siatkowka sztaby 2008

siatkowka sztaby 2007

siatkowka sztaby 2006

siatkowka sily powietrzne 2009

plywanie sily powietrzne 2009

plywanie sily powietrzne

plywanie ramstein

mistrzostwa wp w plywaniu 2009

liga siatkowki 2005

instruktorzy

bergson 2009

bergson 2008

adventure trophy

50 lat gronika

2010 turnus 08

2010 turnus 07

2010 turnus 06

2010 turnus 05

2010 turnus 04

2010 turnus 03

2010 turnus 02

2010 turnus 01

2009 turnus 12

2009 turnus 11

2009 turnus 10

2009 turnus 09

2009 turnus 08

2009 turnus 07

2009 turnus 06

2009 turnus 05

2009 turnus 04

2009 turnus 03

2009 turnus 02

2009 turnus 01

2008 turnus 12

2008 turnus 11

2008 turnus 10

2008 turnus 09

2008 turnus 08

2008 turnus 07

2008 turnus 06

2008 turnus 05

2008 turnus 04

2008 turnus 03

2008 turnus 02

2008 turnus 01

2007 turnus 12

2007 turnus 11

2007 turnus 10

2007 turnus 09

2007 turnus 08

2007 turnus 07

2007 turnus 06

2007 turnus 05

2007 turnus 04

2007 turnus 03

2007 turnus 02

2007 turnus 01

2006 turnus 12

2006 turnus 11

2006 turnus 10

2006 turnus 09

2006 turnus 08

2006 turnus 07

2006 turnus 06

2006 turnus 05

2006 turnus 04

2006 turnus 03

2006 turnus 02

2006 turnus 01

2005 turnus 12

2005 turnus 11

2005 turnus 10

2005 turnus 09

2005 turnus 08

2005 turnus 07

2005 turnus 06

2005 turnus 05

2005 turnus 04

2005 turnus 03

2005 turnus 02

2005 turnus 01

2004 turnus 12

2004 turnus 11

2004 turnus 10

2004 turnus 09

2004 turnus 08

2004 turnus 07

2004 turnus 06

2004 turnus 05

2004 turnus 04

2004 turnus 03

2004 turnus 02

2004 turnus 01

Galeria zdjęć z turnusu

WOSzK Zakopane - zdjęcia, fotografie .... WOSzK Zakopane - zdjęcia, fotografie .... WOSzK Zakopane - zdjęcia, fotografie .... WOSzK Zakopane - zdjęcia, fotografie .... WOSzK Zakopane - zdjęcia, fotografie .... WOSzK Zakopane - zdjęcia, fotografie .... WOSzK Zakopane - zdjęcia, fotografie .... WOSzK Zakopane - zdjęcia, fotografie .... WOSzK Zakopane - zdjęcia, fotografie .... WOSzK Zakopane - zdjęcia, fotografie .... WOSzK Zakopane - zdjęcia, fotografie .... WOSzK Zakopane - zdjęcia, fotografie .... WOSzK Zakopane - zdjęcia, fotografie .... WOSzK Zakopane - zdjęcia, fotografie .... WOSzK Zakopane - zdjęcia, fotografie ....

2008-01-24 | mini bergson 2008

Zima w Kościelisko zawitała dość szybko ( już od początku listopada 2007 ) co spowodowało, że zapadłem w głęboki sen zimowy niczym miś tatrzański. Dawno ulotniły się wspomnienia i przeżycia z Explorisa, Rajdu Orła czy też Nawigatora. Jednakże mój anioł stróż w postaci Tomka Bartkowiaka nie pozwolił mi zimować długo w tym błogim stanie. Już pod koniec roku 2007 zaczęły się pierwsze przebąkiwania o nowych doświadczeniach, które można wynieść z rajdów ekstremalnych, chodzi oczywiście o doświadczenia zimowe – tego zagadnienia jeszcze nie przerabialiśmy. Ciekawe co się dzieje z człowiekiem po 2 , 3 czy też 4 dniach maksymalnego wysiłku non stop, w dzień i w nocy, na nogach, rowerze, nartach??? Ciekawe jak człowiek reaguje kiedy brakuje mu sił a wokół temperatura poniżej zera – ciemność widzę, ciemność!!. Tomek doskonale wie na jaki grunt trafiają te wątpliwości natury wewnętrznej i do kogo są kierowane. Nawet nie zdążył zapytać mnie o zgodę na ewentualny start uznając zaocznie, że i tak się zgodzę. Stąd też pozostało mi tylko zobaczyć listę startową, na której figurowała nazwa WOSzK „Gronik”. Tego jednakże Tomkowi też było mało gdyż obok naszego zgłoszenia pojawiły się kolejne teamy z nazwą WOSzK. WOSzK Gronik LIGHT i WOSzK Gronik STRONG. Co ciekawe Strong stał się ekipą mieszaną i do tego z jakim składem. Sam Andrzej „Pudzian” Błaszczak – mistrz maratonów i Ania Balbus „Skawka” – nie mniejsza pogromczyni maratonów z Bytomia. Ekipę Woszkowską uzupełniał zespół w składzie Jacek „Oczko” Bartkowiak i Dawid „Stefan” Studencki”. Możliwości „Pudziana” są mi bardzo dobrze znane więc doskonale przeczuwałem co mnie czeka w najbliższym czasie. A z nim żartów nie ma. Jedyna nadzieja to maksymalne ekstremum – śnieg, mróz, zimno niewyobrażalne, może wtedy pęknie i będzie mi trochę lżej. Z ciekawości rzuciłem okiem w Internet, włączyłem Google i ponownie się przeraziłem. Anna Balbus – stron wzmiankujących o tej dziewczynie co nie miara. Pierwsze zapiski, o mało co nie rozpoczynają się zaraz po tym jak zaczęła raczkować. Starty w biegach ulicznych, różnych maratonach i półmaratonach, krótkie i długie dystanse, przełaje, treningi non stop. CHWILA ZASTANOWIENIA – i jak ja przy tym wszystkim wyglądam. Ambitny biurokrata wyrwany zza biurka. Coś mi się wydaje, że chyba umrę!! Swój cień szansy kieruję w stronę Tomka – przecież w trakcie majowego adventura nie było ze mną tak źle skoro dotrzymałem kroku Tomkowi. Wszystko to złuda – Tomek trenuje, opowiada mi o jakichś doznaniach z okolicznych tras – chyba mówi prawdę, o Błaszczaku nie wspominam – ten trenuje zawsze, poza tym cały czas się ruszają prowadząc zajęcia z lotnikami. Nawet mój młody „Stefan” wypada wieczorem na trening i po chwili wraca z powrotem twierdząc, że w mieście nic ciekawego. Znikąd ratunku, nie ma się na kim oprzeć – masakra. Moje kontrolki zaczynają jarzyć – chyba pora na mały trening, no tak świadomość jest, chęci są, ale kiedy?? W końcu ruszam moje bolące ciało, do startu czasu niewiele a impreza nie byle jaka – Winter Bergson Chalange, co prawda jest to tylko rozgrzewka przed właściwym startem pod koniec lutego jednak zawsze to debiut w rajdzie zimowym, w którym nie mamy doświadczeń a 80 kilometrów to też nie w kaszę dmuchaj. Chcąc nie chcąc wskoczyłem na rower stacjonarny i przekręciłem parę kilometrów oglądając przy okazji zaległe filmy na dvd. Ambitnym zwieńczeniem treningów miała być narciarska trasa turowa do Orawic przez Magurę Witowską na ciepłe źródła i z powrotem. Tomek pękł już po kilometrze a w szczególności jego narta i na tym zakończył naszą trasę, jak się później okazało jaccuzi było dla niego lepszym miejscem treningowym. Razem z Andrzejem ruszyliśmy dalej jednakże udało się nam dotrzeć tylko do Doliny Chochołowskiej gdzie z kolei moja narta uległa złamaniu. Tak więc najlepszym rozwiązaniem na solidny trening jest złamanie narty. Mimo wszystko plusem wyjścia w teren było dobre samopoczucie co utwierdziło mnie w przekonaniu, że może w trakcie rajdu nie będzie tak źle. Zważywszy na fakt, że mój „ cykl przygotowawczy” trwał dość krótko, chwila prawdy szybka nadeszła. 18.01.08r. wyruszyliśmy do Piwnicznej na Mini Bergsona. Po wieczornej odprawie technicznej z zawodnikami przysiedliśmy na chwilę w kawiarence. Jedno piwo i pełna powaga, nikt nie przymierza się do więcej. Cóż było robić „Gaweł tylko pisnął, wrócił na górę i czapkę nacisnął”. Trzeba było przygotować jeszcze „gumijagody”, znów rozlewanie wód na bidony i przepak, pakowanie plecaków aby być gotowym na poranny start. Nie wiem czy to przejęcie czy obawy o wysiłek spowodowały drobne trudności z zaśnięciem, myślę, że przede wszystkim za mało było usypiacza w postaci dobrego Żywca. Poranna krzątanina przy sprzęcie szybko zbliżyła nas do startu, adrenalinka też zaczęła robić swoje. Po zdaniu sprzętu na przepak ( nart i plecaków z zapasami ) udaliśmy się na start. Na poziomie startu warunki pogodowe były dość dobre, zimy prawie jak na lekarstwo, trochę lodu. Przed samym startem rozdano mapy, oczywiście ochoczo zabrałem swój zestaw jednakże szybko schowałem go do plecaka. Przecież jest Tomek, w końcu mistrz orientacji, więc nich trochę popracuje umysłowo. Start - mimo wymuszonego prowadzenia rowerów większość rusza jak z kopyta, ja oczywiście też – nie ma to jak dobry start. Droga prowadzi z góry i do tego lód, widzę więc, jak obok mnie fruwają nogi tych najbardziej szybkich, którzy zapominają, że do mety pozostało 80 kilometrów. Po wskoczeniu na rower zasuwam do przodu, ile sił, pewnie na dużo nie starczy, ale na razie są. Tomek twardo pomyka z przodu wraz ze „Stefanem”. Widać u nich wyraźną lekkość i moc. Ze mną trochę gorzej, ale przecież nie tak źle bywało. Po kilku kilometrach dobijają do nas pozostali zawodnicy z naszej ekipy. Jedziemy ( kręcimy ), nic się nie dzieje, coraz bardziej pod górkę, moja pozycja pod koniec naszego peletoniku nie wróży dobrze. Jedynym pocieszeniem jest fakt, że pierwszy etap-rowerowy ma tylko 28 km. w linii prostej oczywiście. Tomek jako nawigator prowadzi i ustala trasę, my za nim. Informacje o Ani nie były przesadzone, spokojnie i z pełną lekkością pedałuje na rowerze, przy moim maksymalnym sprężaniu zaczynam w myślach użalać się nad swoim losem. Dobrze, że w końcu przychodzi trochę odmiany, zamiast jechać na rowerach trzeba je pchać i to pod górę aż do samego punktu kontrolnego. Widzę, że teraz przynajmniej wszystkim jest ciężko i nikt za bardzo nie wyrywa do przodu. Jednakże pod koniec podejścia ( pchania rowerów w lodzie i śniegu, który zaczął się pojawiać w coraz większej ilości ) zaczynają o sobie dawać znaki, czworogłowe, nie jest dobrze. Rozbijam je jak mogę ale nie jest łatwo. W końcu osiągamy schronisko – pełnia zimy. Ubiór wilgotny od potu i śniegu. Następny etap to treking, turytyka, hiking jak kto woli. Buty salomonki mokre, zmieniam tylko skarpety i ruszamy na trasę. Kolejne 24 km. przed nami. Chyba zaczyna działać strzał kofeinowy bo o dziwo sam zaczynam truchtać, rzecz niebywała. Koledzy nie wyrywają się na razie do przodu bo przecież to i tak w moim wydaniu szybciej niż szybki marsz, który w większości tras uskuteczniam. Jednakże ile można, po około 1/3 trasy zaczynają się skróty. Jakoś idzie ale mordęga jest straszna, kolana dostają równo po zaworach, śnieg po kolana. Ania i „ Oczko” męczą się za mną. Charty poszły daleko w las, nawet ich nie widać, jesteśmy zdani sami na siebie. Dobrze, ze w końcu wypadamy na leśną drogę i jest chociaż odrobinę lżej. Czasami nawet truchtam, sam nie wiem skąd mi się to bierze. Po zbiegu z góry kolejne podejście w górę, na początku znośnie, jednakże z chwilą wejścia na skrót zaczyna się podchodzenie w kopnym śniegu i po śladach poprzednika, nie jest łatwo ale przynajmniej równo i miarowo wszyscy idą w górę. Po osiągnięciu punktu na szczycie o wiele łatwiej poruszać się dalej granią. Jednak siły zaczynają powoli odpływać wraz z kilometrami. Kto z naszych mocny, grzeje z przodu, niektórzy nawet większość odcinka truchtają, mnie przychodzi to z coraz większą trudnością. Jedynym pocieszeniem jest to, że już niedaleko do schroniska a tam w końcu będzie można przebrać się w suche ciuchy przed etapem narciarskim. UFF – w końcu dobijam do schroniska, brakuje tylko „ Pana Jana”, który pomógłby przebrać się w suchy ubiór, widoczne trudności w utrzymaniu gibkości, jednak suche szmaty poprawiają samopoczucie, na pewno nie poprawiają go okrzyki Tomka wzywające na trasę narciarską. Inny charakter ruchu poprawia moje samopoczucie a przy tym było się przecież kiedyś fanem nart biegowych ( niektórzy lotnicy do dzisiaj wspominają jak to bywało na Biegu Lotnika w Ustianowej). Kołek w zęby, tempo 22 i naprzód, jest dobrze. Z tyłu męczy się Ania i młody „Stefan”, dla którego narty biegowe są pełnym wyzwaniem. „Oczko” odpuścił już w schronisku i nie zapiął nart, zadowolony odpoczywa sobie w ciepełku przy piecu. A my pomykamy, nic się nie dzieje, jest dobrze. Z naprzeciwka mijają nas liderzy, u których widać niemałe trudności przy zjazdach na wąskiej drodze. Doświadczymy tego także my w drodze powrotnej jednak wówczas będzie już ciemno i skala trudności stanie się o wiele większa. Dość łatwo osiągamy kolejny punkt kontrolny na nartach, krok z odbicia robi się powoli perfekcyjny ale też powoli robi się coraz ciemniej. Żeby dotrzeć na kolejny punkt Tomasz musi się trochę wysilić z nawigacją. Wpadamy na jakiś przetarty skrót, przez chwilę jest dobrze jednak sielanka nie trwa długo, las gęstnieje, krzewy gęstnieją z przodu zaczynam słyszeć słowa na „k” – to „Pudzian” zaczyna tracić cierpliwość. W końcu pada komenda do odpięcia nart i zaczyna się normalne podchodzenie w śniegu po pas wraz z nartami. „Stefan „ narzeka z tyłu, wyobrażam więc sobie co musi myśleć Ania, która ma przecież co nieco krótsze nogi od nas. Ale z jej strony nie słychać żadnych pojękiwań. Po morderczym podejściu wreszcie osiągamy kawałek drogi, z ulgą zapinamy narty i uskuteczniamy technikę biegową. Szkoda tylko, że na krótkim dystansie. Po kolejnych słowach na „k” tym razem z mojej strony znów odpinamy narty i ruszamy pieszo w śnieg do kolejnego punktu kontrolnego. Wejść do góry może nie było tak ciężko jak zejść z powrotem w dół. Kolan już nie czuję, co chwilę upadam w śnieg, wszystko robi się mokre a zwłaszcza rękawiczki, tylko ruch powoduje, ze organizm wydziela ciepło i nie zamarzam. Wokół jest już ciemny las. Wąską droga staramy się wracać do schroniska, pod górkę i na równym nie ma problemu, jednak przy zjazdach zaczynają się kombinacje alpejskie. Światełko czołówki oświetla tylko kawałek drogi, nie wiadomo jak strome są zjazdy nic nie widać poza 5 metrami i to w wąskim promieniu latarki. Podziwiam tutaj Anię, która zjeżdża bez światła – po prostu kobieta kot, która widzi w nocy. Jedziemy, nie poddajemy się, parę upadków nie wpływa nasze samopoczucie, przecież w końcu dotrzemy do schroniska, powoli zaczyna nas stresować niedoczas, realnym może być nie zmieszczenie się w limicie czasowym. Z trudem docieramy do schroniska, wszystko mokre a przed nami jeszcze kilkunastokilometrowy odcinek rowerowy. Trochę czasu zajmuje nam zmiana ubiorów na suche o ile jeszcze ktoś takie ma. Pakujemy mokre szmaty do plecaków, zostawiamy je do zabrania przez organizatorów i wskakujemy na nasze srebrzyste rumaki. Ździwko- nie ma szansy na jazdę, śnieg zalegający na drodze nie pozwala jechać. Znów trzeba pchać rowery tyle tylko, że teraz jest lekko z góry. W końcu śniegu jest na tyle, że można już pedałować, wskakuję na rower i hajże na dół. Do pierwszego zakrętu. Mimo opon z kolcami czuję, że droga ucieka mi spod roweru i po chwili czuję również, że nie jest mi obcy ból. Stłuczony bok dobitnie świadczy o tym, że leżę na drodze. Mimo wszystko zbieram się i ruszam dalej. Czasami jadę na rowerze, czasami zjeżdżam na butach, hamulce nie mają żadnego znaczenia. Dopiero dolny odcinek drogi pozwala co nieco jechać normalnie na rowerze czyli „zapierniczać”. Męki na tym odcinku przeżywa Ania, która znów ma problemy ze światłem. Mogę sobie tylko wyobrazić czego musiała doświadczyć zjeżdżając nie oświetloną drogą, w śniegu i lodzie. Po karkołomnym zjeździe spotykamy się wszyscy przy w końcu asfaltowej drodze i w te pędy ruszamy do mety. Istniej realna szansa na pudło dla Ani i „Pudziana” co powoduje, że tempo w dół jest dość znaczne mimo zimna i zmarzniętych rąk, które nie mogą utrzymać kierownicy. W końcu po 11 godzinach walki osiągamy metę. Tutaj czeka na nas niespodzianka. Okazuje się, że nasz mikst ( Ania + ”Pudzian” Błaszczak) zajął ostatecznie 2 miejsce. Wielkie gratulacje. Pozostałe dwa zespoły również wypadły niczego sobie. Uplasowaliśmy się na 5 i 6 miejscu. To było tylko preludium zimowe. Następny etap to już nie mini Bergson lecz Speed Bergson czyli start w rajdzie po koniec lutego na dystansie 150 km. Czy przeżyję – darmo śledzić kto pragnie, czy dam radę – nikt tego nie zbada, moja forma jak mokry jaskier wschodzi na bagnie jak ognik nocny przepada. Czesiek STUDENCKI

2008-03-08 | Trasa speed 170

BERGSON WINTER CHALANGE 2008 – TRASA SPEED Sprawozdanie rajdu reprezentacji WOSzK Gronik Zakopane w składzie: 1. WOSzK Gronik : Andrzej Błaszczak, Tomasz Bartkowiak; 2. WOSzK Gronik Strong: Czesław Studencki, Paweł Zieliński; 3. WOSzK Gronik Junior: Dawid Studencki, Władysław Będkowski Minęło już parę chwil od zakończenia zimowego Bergsona, rany wyleczone, można więc pokusić się o skreślenie paru zdań wspomnień. Pomny doświadczeń z 19.01.08r. kiedy to ekipy WOSzK-u walczyły na trasie mini Bergsona ( 70 km. ) postanowiłem poprawić swój cykl przygotowań do startu, który miał się odbyć pod koniec lutego a zawierać w sobie trasę o wiele dłuższą, gdyż liczącą ok. 170 km. jak wynikało z długości poszczególnych odcinków zaplanowanych przez Organizatorów. Mając w głowie zakodowaną maksymę, że trening czyni mistrza „ochoczo” rozpocząłem przygotowania. Trudno to nazwać jakimś poważnym cyklem treningowym, ale starałem się jak mogłem czyli jak tylko pozwalała mi odrobina wolnego czasu. Trochę potruchtałem po okolicy – nawet momentami całkiem dobrze mi szło, co pozwoliło podtrzymać dobre samopoczucie. Udała się również przekręcić kilkadziesiąt kilometrów na rowerze stacjonarnym w całkiem dobrym tempie co w dalszym ciągu podtrzymywało moje dobre samopoczucie. W tym samym czasie partnerzy, czyli Tomek Bartkowiak i Andrzej Błaszczak poza wykonywaniem swojej pracy, która też jest swoistym treningiem ( instruktorzy wf ) zawzięcie trenowali popołudniami a podsumowaniem tych treningów były dni weekendowe kiedy to zabierali mnie na trening kompleksowy, biegowo – rowerowy. I właśnie po takich treningach moje samopoczucie schodziło na psy. Już nie czułem się dobrze a zbliżający się start zacząłem widzieć w coraz czarniejszych barwach. Jednakże suma sumarum i tak więcej przygotowywałem się niż do poprzednich startów co pozwalało mieć odrobinę nadziei na ukończenie rajdu. Tak więc ze strony fizycznej co mogłem zrobić to zrobiłem. Jeszcze tylko przygotowanie przepaków czyli zapakowanie do wora rzeczy na zmianę, przygotowanie odżywek, napojów i w ponowną drogę do Piwnicznej. W planach przedstartowych wychodziło, że przyjdzie mi startować w jednym zespole z Tomkiem Bartkowiakiem, jednakże rezygnacja ze startu w mikscie dziewczyny spowodowała, że mocarze czyli Tomek i Andrzej postanowili pójść na całość i wystartować w jednym zespole z myślą o walce o czołowe pozycje. Dla mnie pozostał wariant zapasowy czyli Paweł „Ziele ” Zieliński wraz ze swoim luźnym krokiem. Nie powiem żeby ta sytuacja mnie zasmuciła gdyż znając Pawła mogłem być pewny, że nie powinienem doznać wielkiej krzywdy a szanse na ukończenie rajdu powinny być duże. Paweł do bardzo dobry orientalista więc nawigacja również była zapewniona na wysokim poziomie. Do mojego nawigatora został „podpięty ” zespół WOSzK Junior składający się z Dawida Studenckiego i Władka Będkowskiego, mieszkańców Kościeliska – „młode wilki” postanowiły z honorem walczyć o uznanie w oczach starszyzny, nawet cykl przygotowawczy realizowali z dala od naszych oczu, tak więc byli dla nas wielką niewiadomą. Start do zimowego rajdu ekstremalnego Winter Bergson Chalange został zaplanowany na godzinę 22.00 wieczorem. Jednakże zanim on nastąpił odbyły się odprawy techniczne, ważenie i zdawanie sprzętu na przepak, zespoły otrzymały mapy i wykorzystując ostatnie wolne chwile rozpoczęły się gorączkowe wykreślania najkorzystniejszych wariantów tras. Jednak to jest zajęcie dla nawigatorów więc ja spokojnie mogłem wyciągnąć się w tym czasie na łóżku. Nie trwało to długo gdyż gorączka przedstartowa zaczęła się udzielać i trzeba było udać się na start trasy SPEED – 170 KM. Jeszcze tylko prezentacja zespołów na rynku w Piwnicznej, krótkie odliczanie i 60 dwuosobowych zespołów ruszyło na trasę rajdu. Pierwszym odcinkiem był 5 kilometrowy bieg na orientację po mieście i najbliższej okolicy. Mistrzowie i charty ostro wyrwali do przodu, wśród nich Tomek i Andrzej zespół reprezentacyjny WOSzK Zakopane. Moje serce też w pierwszym momencie pognało za nimi ale po chwili opamiętania spokojnie zacząłem dotrzymywać kroku „Zielemu”, który w pełnym majestacie i z głębokim oddechem pomykał pod koniec stawki do przodu. Brak śniegu w dolnych partiach Beskidu Sądeckiego był dużym ułatwieniem dla startujących, stąd między innymi duży tłok na punktach kontrolnych gdzie trzeba było sobie prawie wyrywać dziurkacz do znaczenia karty kontrolnej, ale to tylko 2 pierwsze punkty. Rój świetlików z czołówkami na głowie pomknął w dalszą część trasy na nieduże wzniesienie zwane Kicarz. Tylko mój nawigator jakoś tak bez przekonania szedł coraz wolniej aż w końcu zatrzymał się, przywołał juniorów i rzekł - z powrotem –nie tędy droga. Owczy pęd za pozostałymi został powstrzymany. Ostaliśmy się w lesie sami i spokojnie mogliśmy szukać pozostałych punktów, bez zbędnego tłoku i w oparciu o własny tok rozumowania. Od tej chwili szybko i sprawnie znaleźliśmy resztę punktów i po powrocie na rynek w Piwnicznej ochoczo wskoczyliśmy na stalowe rumaki aby kontynuować rajd na kolejnym etapie – rowerowym 33 km. Po pierwszym w miarę równym odcinku zaczęły się podjazdy, które w końcówce były nawet dość strome. Nie powiem żeby w niektórych momentach nie trzeba było używać „ godności osobistej” a nawet czasem trochę rower poprowadzić, miejscami zaczął się nawet śnieg i lód. Przy ograniczonym oświetleniu trzeba było trochę uważać zwłaszcza zaś w drodze powrotnej kiedy zaczęły się szaleńcze zjazdy i było słychać świst opon a na liczniku 60 na godzinę. Po zjeździe oczywiście kolejny podjazd i to bardzo solidny, miejscami trzeba rower prowadzić, śniegu i lodu coraz więcej, jedynym pocieszeniem jest fakt, że za chwilę skończy się etap rowerowy i zacznie się etap pieszy. Jednak jakoś mimo upływającego czasu nie można dotrzeć do schroniska. Na przerzutce w rowerze nie ma już ani jednego lżejszego przełożenia, w oddali też nie pojawia się żadne światełko sugerujące bliskość schroniska, kręcimy więc dalej aż do skutku. W końcu osiągam punkt 2, Władek jest już na przepaku a z tyłu powoli dojeżdża Ziele i Dawid. Tak więc nasze teamy są w komplecie gdzieś w okolicy 21 miejsca. O pierwszym zespole WOSzK na przepaku dawno zostało tylko wspomnienie. Pewnie ostro napierają na kolejnych punktach. My zmieniamy obuwie, uzupełniamy płyny i ruszamy na trasę pieszą – prawie 60 km. – w życiu nie przeszedłem na nogach takiego odcinka, jest środek nocy gdzieś około godz. 02.00, poprzez spocone szmaty daje się odczuć pewien dyskomfort, trochę zimno. Trzeba podkręcić tempo żeby nie zmarznąć. Punkt 4 osiągamy bez problemu, utrudnieniem jest śnieg zalegający na wysokości ok. 1000m, ale jakoś sobie z nim radzimy. Teraz w dół, z powrotem do Piwnicznej i na wierzchołek znanego nam już Kicarza. Trasa prowadzi szlakiem turystyczny jest więc w miarę łatwo, jednak do czasu. Młodość, która pomyka z przodu w ferworze marszu gubi gdzieś znaki szlaku, pałeczkę przejmuje więc Ziele i w oparciu o kompas ustala trasę zejścia w dół, jednakże teraz nie jest to już szlak turystyczny lecz kamienista rynna wyrobiona przy zrywce drewna. Ale cóż, trzeba pomykać dalej. A dalej osiągamy leśne dukty, w których zapadamy się po kostki w błocie, które nie zdążyło jeszcze stwardnąć przy aktualnej temperaturze. Ale cóż, ekstrema jest ekstrema. Chcieliśmy, to mamy. W środku nocy przemykamy przez Wierchomlę a następnie osiągamy punkt 5 na Kicarzu. Następnie jeszcze o zmroku przekraczamy ponownie rynek w Piwnicznej, tym razem na nogach i udajemy się w stronę schroniska na Niemcowej. Marsz, marsz i jeszcze raz marsz – świtać już zaczyna a nam się wcale nie chce spać. Łyk napitku z plecaka, zagrycha w postaci żelu energetycznego i naprzód, za chwilę kolejny łyk i tak dalej, idziemy, nic się nie dzieje, łyk i dalej. Po lekkim błądzeniu osiągamy schronisko, przygotowana herbata jest tak wspaniała, że żal człowiekowi iść dalej, zamiast ruszać pozwalam sobie na kolejny kubek, dopiero reprymenda nawigatora stawia mnie na nogi. Naprzód!! W tym czasie jesteśmy gdzieś w okolicach 19 miejsca, ale czy to ma jakieś znaczenie w obliczu narastającego zmęczenia?, w obliczu coraz bardziej bolących nóg?, w obliczu osiągania pułapu swoich możliwości, swojej wytrzymałości?. Miejsce powoli staje się elementem mającym coraz mniejsze znaczenie, zaczyna się powoli walka o przetrwanie, zaczyna się to co w rajdach ekstremalnych daje największą adrenalinę, zaczyna się pokonywanie swoich własnych słabości. Jednakże trochę więcej treningu w okresie przygotowawczym powoduje, że na razie ten główny moment słabości odsuwam na później. Także koledzy radzą sobie dość dobrze, młodzieży nawet trzymają się żarty, ciekawe na jak długo? Z Niemcowej sprawnie osiągamy Radziejową, na wierzchołku której jest wieża widokowa i zadanie specjalne do wykonania przez wszystkie zespoły. Polegało ono na wspięciu się po drabince alpinistycznej a następnie po siatce komandoskiej na wysokość ok. 30m. a następnie trzeba było zjechać w przyrządzie zjazdowym do podnóża wieży. Krótko, zwięźle i na temat – wykonujemy zadanie i spadamy dalej do miejscowości Rytro. O dziwo po opuszczeniu terenu gdzie zalegał śnieg rozpoczynamy trucht i kontynuujemy go przez parę kilometrów. Sam dla siebie jestem pełen podziwu, skąd ta energia? Pozostali też niczego sobie truchtają na dół i nawet nie narzekają. W Rytrze, w sklepie uzupełniamy płyny i podbijamy punkt na zamku. Trzymamy się dobrze na z góry upatrzonej pozycji czyli w okolicach 19 miejsca. Aby nie tracić wysokości obieramy trochę inny wariant niż większość uczestników a nawet próbujemy skrótów aby nie tracić dystansu do zespołu, który właśnie nas wyprzedził. Skrót ten odbija się nam czkawką, po jego pokonaniu szukamy sił, które zostały na stromym zboczu. Chyba nie było warto. Ale cóż karawana jedzie dalej, parę głębokich wdechów i ruszamy na Przełęcz Bukowina. Jej osiągnięcie nie sprawiło nam większych trudności, zmęczenie oczywiście jest, ale zasuwamy swoim spokojnym tempem i osiągamy następny punkt w schronisku na Hali Łabowskiej. I tutaj dopada mnie zdziwienie, przedstawiciele organizatorów życzą sobie pokazania obowiązkowego wyposażenia, które każdy powinien mieć ze sobą, za braki doliczają kary czasowe. Na szczęście u nas wszystko jest w porządku. Ciekawe co myśleli o tym przedstawiciele zespołu z trasy Masters, który właśnie zawitał do schroniska i też musiał pokazywać swoje wyposażenie. A przypomnę tylko, że Mastersi wędrowali już od poniedziałku na trasie 400 km. i byli w drodze bagatela od 4 dni!!! Jeden z uczestników tej trasy zamawiając coś do zjedzenia po prostu zasnął przy stole. Po krótkim pobycie w schronisku ruszamy dalej. Od tego miejsca kłopoty z odparzonymi stopami zaczyna mieć Dawid, musimy troszkę zwolnić nasze tempo. Ziele chcąc ulżyć Dawidowi obiera kurs na skrót w kierunku przepaku. Wchodzimy w las i w nieprzetarty śnieg, zaczynają się problemy i poszukiwania wyjścia we właściwym kierunku. Po paru próbach i brnięciu w śniegu po pas i kolana dochodzimy w końcu do szlaku, który prowadzi na przepak a po dłuższej chwili do samego przepaku. Byłem przekonany, że Dawid w tym miejscu już zrezygnuje jednak po odświeżeniu stóp i przebraniu się w suche ciuchy postanawia kontynuować rajd. Trochę czasu zabrał nam sam pobyt na przepaku, ale czy można się dziwić? Ciepło, sucho atmosfera schroniska nocą, kominek się pali, goście w schronisku zadowoleni siedzą i piją piwo, my też popijamy gorącą herbatę i nawet zjedliśmy trochę gorącej strawy. Oj, zajęło nam to prawie godzinę. Ciężko było się ruszyć dalej, a przed nami pozostał ostatni odcinek – rowerowy, tylko 75 km. Wychodziłem z założenia, że na rowerze to nawet 100 km jestem w stanie pokonać – jakież było moje zdziwienie w późniejszym czasie. Rozpoczęliśmy w miarę ochoczo. Punkt 12 w Tyliczu osiągamy bez problemu. Po zbliżeniu się w okolice punktu 13 moje zdziwienie zaczyna rosnąć. Podjazd, który został nam zafundowany zaczyna przerastać moje dotychczasowe doświadczenia a przecież pochodzę z gór i trochę tych podjazdów w życiu zaliczyłem. Moje dobre samopoczucie w tym miejscu muszę chyba przypisać Redbulowi, którego niedawno zaliczyłem. Wraz z Władkiem tak się rozkręcamy, że nadkładamy drogi i to pod górę. Dopiero telefon komórkowy od Zielego sprowadza nas na ziemię. Wracać z powrotem, pojechaliśmy za daleko. W końcu w błocie po kostki pchamy rowery dalej pod górę aby osiągnąć upragniony punkt. Jest. Teraz z powrotem na dół na złamanie karku. Kolejny punkt znajduje się w znanym nam już miejscu – jest to schronisko na Hali Łabowskiej. Już tam byliśmy ale na nogach i było tam pełno śniegu. Pocieszeniem jest tylko to, że od tego miejsca pozostanie ostatni odcinek do mety. Jednak osiągnięcie Hali na rowerze nie jest takie proste. Póki jest asfalt wszystko jest w porządku, nawet permanentny !!! podjazd pod górę nie robi większego wrażenia, byle przed siebie. Ale w momencie kiedy zaczyna się lód a następnie śnieg i nie można już w żaden sposób uskuteczniać jazdy na rowerze, zabawa przestaje się podobać a schroniska jak nie widać tak nie widać. Kilometrami ciągnie się turystyka piesza z rowerem. Po dłuższym czasie pokonywania takiej trasy zaczyna mnie dopadać słabość, ile można? Ile można pchać rower po śniegu? – okazuje się, że długo. Można aż się osiągnie cel. A że przy okazji padnie kilka niecenzuralnych słów, taki urok ludzkiej słabości. Ważne żeby w takich chwilach nie upadać, nie pozwolić organizmowi ulec słabości, nie można pójść na łatwiznę i powiedzieć, że to już koniec. Nasz organizm stara się nas oszukać i nie dać z siebie wszystkiego co może. Od nas samych, od naszej psychiki zależy czy mu ulegniemy czy też zmusimy go do dodatkowej pracy, do wykrzesania z siebie tego czego nie chce nam oddać licząc na naszą uległość. Podniosłem się ze słabości i dopchałem ten „cholerny” rower do schroniska wraz z pozostałymi kolegami. Jednak to nie był koniec. Po wyjściu ze schroniska trzeba było jakoś dotrzeć na dół do Piwnicznej. Najkrótszą drogą był szlak turystyczny i takową nawigator obrał. Szczegółem jest, że na połowie tego szlaku zalegał śnieg a pozostała jego część nie nadawała się do jazdy gdyż przypominała przynajmniej szlak turystyczny na Nosal. Prawie całą trasą trzeba było rower sprowadzać aż do podnóża góry kiedy już się dotarło do w miarę jezdnej, błotnej trasy to okazało się, że żaden hamulce w rowerze już nie działa. I jak tu zjeżdżać z góry?. Hamowanie butami na nic się zdało. W końcu uskuteczniłem hamowanie przy pomocy drugiego roweru wiążąc dwa rowery linką. I ten sposób dotarliśmy prawie do mety. Prawie – bo jeszcze 200m przed nią musieliśmy zaliczać zadanie specjalne na moście linowym i przeprawiać się przez rzekę Poprad. Niestety odcinek pod górkę trzeba było ciągnąć na własnych rękach a i odcinek z górki okazała się, że był tak mało jezdny, że też trzeba było ciągnąć własnymi rękoma. I tutaj godność osobista ponownie pomogła. Z zaciśniętymi zębami pokonaliśmy to zadanie a po nim radośni jak ptaszki o poranku szybko dotarliśmy do mety ok. godz. 03.00 rano po prawie 30 godzinach ostrego napierania. Ostatecznie zakończyliśmy rajd na 22 i 23 miejscu w stawce 60 zespołów, które wystartowały z rynku w Piwnicznej. O wiele lepiej spisali się nasi liderzy czyli zespół WOSzK Gronik w składzie Andrzej Błaszczak i Tomek Bartkowiak, którzy uplasowali się na 9 pozycji. Ich przeżycia też były bardzo ciekawe ale niestety zważywszy na fakt, że nie byłem w stanie dotrzymać im kroku muszę opuścić nad nimi kurtynę milczenia. Studencki Czesław

Strona Główna | Kontakt | Aktualności | Wyszkoleniówka

Login  Login - old

Odsłon :  Odwiedzin :  od 04.03.2010 r.
Aktualnie onLine :